Świadectwa 2007

wróć

 

Jedź do Rzymu, tam znajdziesz wiarę...

 

Jesteśmy zwykłą katolicką rodziną, jest nas pięcioro: żona, ja i trójka kochanych dzieci, 15 letni – bliźniacy i rok młodsza córka. Mieszkamy k. Bielska - Białej i Żywca. Pisząc to świadectwo jestem z jednym moim synem D. w Warszawie na oddziale onkologii w Centrum Zdrowia Dziecka, jutro wracamy do domu po długiej jego chorobie, oto nasza historia...

 

28 kwietnia 2003 roku po dokładnych badaniach syna postawiono mu pierwsza diagnozę... Guz nerki tzw. Wilmsa, dużych rozmiarów i nie operacyjny. Zostaliśmy skierowani do Centrum Zdrowia Matki i Dziecka w Katowicach – Ligocie; zaczęło się leczenie chemioterapią, które pozwoliło doprowadzić do, jak się później okazało, pierwszej operacji, podczas której usunięto guza razem z nerką. Chemioterapia, potem radioterapia; badania histopatologiczne wykazały guza złośliwego IV stopnia. Leczenie trwało do maja 2003. Nasze życie wydawało się, że powoli wróci do normy, ale w kwietniu 2004 zdjęcia RTG ujawniły przerzut do płuc. Kolejna chemioterapia, powikłania, operacja płuc, niestety nieudana... Kolejny szpital, kolejny oddział... Wynik badanie wycinka wykazał znowu guz złośliwy... Nerka naszego synka osłabiona leczeniem coraz gorzej pracowała, wyniki prześwietleń na szczęście były zadawalające i lekarze odstąpili od zaplanowanych wcześniej dwóch ostatnich cykli chemioterapii. Był luty 2005. Zaplanowaliśmy wakacje, ale jeździmy na comiesięczne kontrole. W lipcu pojawił się kolejny przerzut tym razem do sródpiersia. Guz rozpanoszył się na dobre i zaczął gwałtowanie rosnąć. Plany wakacyjne i normalne życie przestają istnieć. Na 8 sierpnia zaplanowano biopsje ze sródpiersia, która miała pomóc w zaplanowaniu dalszego leczenia. Zabieg miał się odbyć około południa, niestety guz rośnie w takim tempie, że stan staje się krytyczny. Syn nasz miał kłopoty z oddychaniem, zabieg przekształcił się w operację trwającą cztery godziny... D. przestaje jeść, chodzić. Karmiony jest tylko workiem żywieniowym z kroplówki, a guz osiąga wymiary 10/14 centymetrów. Na próbę nowoczesnej chemii ze Stanów Zjednoczonych, organizm D. zareagował silnym wstrząsem...

 

Cały czas opisuje tylko sprawy medyczne, nie wspomniałem nic o wierze i modlitwie... Jaka ona była? Być może za słaba, bez przekonania, albo za mało ufna. Modliliśmy się w wielu miejscach i wiem, że wielu ludzi modliło się za D. i za nas... Chciałbym wspomnieć ks. dziekana Stanisława z parafii w Buczkowicach i ks. Prob. Kazimierza z rektoratu w Kalnej. Być może ta modlitwa i częste sny o ukochanym Ojcu Świętym Janie Pawle II pozwalają nam z wielką wiarą podjąć decyzję o pielgrzymce do grobu naszego Papieża.

 

Pomimo, że D. jakby pogodził się ze swoim losem, bo powtarzał, że chce spokojnie umrzeć i spotkać się ze zmarłym kilka lat temu dziadkiem, na naszą propozycję odpowiedział: „Ale ja nie mam tyle wiary.” Przekonaliśmy go, że właśnie po nią musi tam pojechać...

 

Rozpoczęliśmy gorączkowe przygotowania do wyjazdu. D. jechał leżąc, gdyż siedzenie było dla niego za trudne. Zatrzymaliśmy się w Padwie u Świętego Antoniego i ruszyliśmy dalej do Rzymu. Przy grobie Papieża byliśmy o 17.40 tuż przed zamknięciem. Było pustawo i mięliśmy możliwość uklęknąć i dłużej się pomodlić. Oboje z żoną stwierdziliśmy później, że była to modlitwa inna niż do tej pory. Prosiliśmy naszego Ojca Świętego o wstawiennictwo u Boga, o cud uzdrowienia D., ale pierwszy raz w życiu potrafiliśmy z wiarą i ufnością powiedzieć Bogu Ojcu bądź wola Twoja... Poczuliśmy się jakoś dziwnie, nie potrafię tego opisać. To co się w nas stało, przeniknęła nas jakąś dziwna siła ciepła, ufności i niespotykanego spokoju i co najważniejsze pozostała do dziś. W naszym domu pojawiła się codzienna modlitwa, a w naszych rękach często różaniec... Z Bazyliki wracaliśmy jacyś inni, dziękowaliśmy Bogu za to, że mogliśmy się tak modlić. Po drodze D. zaczął podbiegać, trzymając spodnie w rękach, bo mu spadały taki był wychudzony. Po przybyciu na nocleg usłyszeliśmy: „Przygotujcie kolacje, chce mi się jeść... Spojrzeliśmy na siebie i nie mogliśmy uwierzyć w to co słyszymy... Następnego dnia rano, po śniadaniu pojechaliśmy jeszcze raz na grób naszego Ojca Świętego. Nie wiedzieliśmy jak się modlić, więc i prosiliśmy i dziękowaliśmy. Potem zwiedzaliśmy Rzym i nasz syn chodził razem z nami o swoich siłach... 5 września stawiliśmy się w Centrum Zdrowia na zaplanowaną chemioterapię. D. zameldował się  w szpitalu uśmiechnięty, opalony i na swoich nogach. Wykonano prześwietlenie i tu stała się rzecz nieprawdopodobna. Wynik brzmiał: Guz prawie w całości wchłonięty. Jutro wracamy do domu po skończonej chemioterapii i planujemy wrócić do grób Jana Pawła II by wyrazić nasza niewypowiedziana wdzięczność za uratowanie życia naszemu synowi i za wiarę!

 

Lucyna i Mirosław


suoramiracolata per la causa di beatificazione di Giovanni Paolo II

 
 
Statystyka | Kontakt | Credits