Jedź do Rzymu, tam znajdziesz
wiarę...
Jesteśmy zwykłą katolicką rodziną,
jest nas pięcioro: żona, ja i trójka kochanych
dzieci, 15 letni – bliźniacy i rok młodsza córka.
Mieszkamy k. Bielska - Białej i Żywca. Pisząc to
świadectwo jestem z jednym moim synem D. w Warszawie
na oddziale onkologii w Centrum Zdrowia Dziecka,
jutro wracamy do domu po długiej jego chorobie, oto
nasza historia...
28 kwietnia 2003 roku po dokładnych
badaniach syna postawiono mu pierwsza diagnozę...
Guz nerki tzw. Wilmsa, dużych rozmiarów i nie
operacyjny. Zostaliśmy skierowani do Centrum Zdrowia
Matki i Dziecka w Katowicach – Ligocie; zaczęło się
leczenie chemioterapią, które pozwoliło doprowadzić
do, jak się później okazało, pierwszej operacji,
podczas której usunięto guza razem z nerką.
Chemioterapia, potem radioterapia; badania
histopatologiczne wykazały guza złośliwego IV
stopnia. Leczenie trwało do maja 2003. Nasze życie
wydawało się, że powoli wróci do normy, ale w
kwietniu 2004 zdjęcia RTG ujawniły przerzut do płuc.
Kolejna chemioterapia, powikłania, operacja płuc,
niestety nieudana... Kolejny szpital, kolejny
oddział... Wynik badanie wycinka wykazał znowu guz
złośliwy... Nerka naszego synka osłabiona leczeniem
coraz gorzej pracowała, wyniki prześwietleń na
szczęście były zadawalające i lekarze odstąpili od
zaplanowanych wcześniej dwóch ostatnich cykli
chemioterapii. Był luty 2005. Zaplanowaliśmy
wakacje, ale jeździmy na comiesięczne kontrole. W
lipcu pojawił się kolejny przerzut tym razem do
sródpiersia. Guz rozpanoszył się na dobre i zaczął
gwałtowanie rosnąć. Plany wakacyjne i normalne życie
przestają istnieć. Na 8 sierpnia zaplanowano biopsje
ze sródpiersia, która miała pomóc w zaplanowaniu
dalszego leczenia. Zabieg miał się odbyć około
południa, niestety guz rośnie w takim tempie, że
stan staje się krytyczny. Syn nasz miał kłopoty z
oddychaniem, zabieg przekształcił się w operację
trwającą cztery godziny... D. przestaje jeść,
chodzić. Karmiony jest tylko workiem żywieniowym z
kroplówki, a guz osiąga wymiary 10/14 centymetrów.
Na próbę nowoczesnej chemii ze Stanów Zjednoczonych,
organizm D. zareagował silnym wstrząsem...
Cały czas opisuje tylko sprawy
medyczne, nie wspomniałem nic o wierze i
modlitwie... Jaka ona była? Być może za słaba, bez
przekonania, albo za mało ufna. Modliliśmy się w
wielu miejscach i wiem, że wielu ludzi modliło się
za D. i za nas... Chciałbym wspomnieć ks. dziekana
Stanisława z parafii w Buczkowicach i ks. Prob.
Kazimierza z rektoratu w Kalnej. Być może ta
modlitwa i częste sny o ukochanym Ojcu Świętym Janie
Pawle II pozwalają nam z wielką wiarą podjąć decyzję
o pielgrzymce do grobu naszego Papieża.
Pomimo, że D. jakby pogodził się ze
swoim losem, bo powtarzał, że chce spokojnie umrzeć
i spotkać się ze zmarłym kilka lat temu dziadkiem,
na naszą propozycję odpowiedział: „Ale ja nie mam
tyle wiary.” Przekonaliśmy go, że właśnie po nią
musi tam pojechać...
Rozpoczęliśmy gorączkowe
przygotowania do wyjazdu. D. jechał leżąc, gdyż
siedzenie było dla niego za trudne. Zatrzymaliśmy
się w Padwie u Świętego Antoniego i ruszyliśmy dalej
do Rzymu. Przy grobie Papieża byliśmy o 17.40 tuż
przed zamknięciem. Było pustawo i mięliśmy możliwość
uklęknąć i dłużej się pomodlić. Oboje z żoną
stwierdziliśmy później, że była to modlitwa inna niż
do tej pory. Prosiliśmy naszego Ojca Świętego o
wstawiennictwo u Boga, o cud uzdrowienia D., ale
pierwszy raz w życiu potrafiliśmy z wiarą i ufnością
powiedzieć Bogu Ojcu bądź wola Twoja... Poczuliśmy
się jakoś dziwnie, nie potrafię tego opisać. To co
się w nas stało, przeniknęła nas jakąś dziwna siła
ciepła, ufności i niespotykanego spokoju i co
najważniejsze pozostała do dziś. W naszym domu
pojawiła się codzienna modlitwa, a w naszych rękach
często różaniec... Z Bazyliki wracaliśmy jacyś inni,
dziękowaliśmy Bogu za to, że mogliśmy się tak
modlić. Po drodze D. zaczął podbiegać, trzymając
spodnie w rękach, bo mu spadały taki był wychudzony.
Po przybyciu na nocleg usłyszeliśmy: „Przygotujcie
kolacje, chce mi się jeść... Spojrzeliśmy na siebie
i nie mogliśmy uwierzyć w to co słyszymy...
Następnego dnia rano, po śniadaniu pojechaliśmy
jeszcze raz na grób naszego Ojca Świętego. Nie
wiedzieliśmy jak się modlić, więc i prosiliśmy i
dziękowaliśmy. Potem zwiedzaliśmy Rzym i nasz syn
chodził razem z nami o swoich siłach... 5 września
stawiliśmy się w Centrum Zdrowia na zaplanowaną
chemioterapię. D. zameldował się w szpitalu
uśmiechnięty, opalony i na swoich nogach. Wykonano
prześwietlenie i tu stała się rzecz
nieprawdopodobna. Wynik brzmiał: Guz prawie w
całości wchłonięty. Jutro wracamy do domu po
skończonej chemioterapii i planujemy wrócić do grób
Jana Pawła II by wyrazić nasza niewypowiedziana
wdzięczność za uratowanie życia naszemu synowi i za
wiarę!
Lucyna i Mirosław